Dlaczego spędzam tydzień na opuszczonym lotnisku?

relacja Ady Siess, uczestniczki OldTown 2014

Od zawsze interesowałam się fantastyką. Zawsze była to jednak fantastyka pokroju Sapkowskiego – brudne quasi-średniowiecze, magia i miecz, konne wojaże i smutne, feudalne społeczeństwa. To czytałam, oglądałam i sama próbowałam tworzyć. O postapokalipsie wiedziałam tyle, ile laik może wiedzieć – że istnieje Fallout, Mad Max i Neuroshima, w którą zagrałam kilka sesji bez dogłębnej znajomości systemu.

Raz czy dwa wpadła mi w ręce książka traktująca o podobnych konwencjach, jak choćby podebrane kumplowi Metro 2033. A potem spotkałam osobę, której, za przeproszeniem, japa się o postapo nie zamykała. Siłą rzeczy odrobinę łaskawiej zaczęłam patrzeć na ten kawałek świata fikcji

 

img_0052a

Pierwszą propozycję, by pojechać na OldTown,  konwent miłośników „świata po końcu świata” musiałam jednak odrzucić. Miałam inne plany wakacyjne, poza tym – szczerze mówiąc – niespecjalnie mi zależało. Teoretycznie nie były mi obce polowe warunki, kurz i błoto, należę bowiem do grona entuzjastów festiwali muzycznych (zwłaszcza tych darmowych!), tak samo, jak nie przerażała mnie wizja 72-godzinnego larpa. Ba, byłam nawet ciekawa, jak to jest zasypiać i budzić się jako wymyślona przez siebie postać. Zniechęcało mnie zupełnie co innego: myśl, że ci wszyscy bliżej niesprecyzowani „oni”, uczestnicy tego zlotu, to hermetyczna, zżyta ze sobą  społeczność, kompletnie zamknięta na nowe osoby. Nowe, a do tego zupełnie w tej „ich” postapokalipsie nieobyte. O czym miałabym z nimi rozmawiać? Jak długo mogłabym wytrzymywać pogardliwe uśmieszki związane z faktem, że jeszcze nie przeszłam wszystkich Falloutów?

Rok później wiedziałam, że te moje wyobrażenia były jak gadanie o seksie w grupie prawiczków. Wszystko zupełnie na wyrost, zniekształcona wizja rzeczywistości niepodparta doświadczeniem. Rok później żałowałam, że nie było mnie tu wcześniej. Po dwóch godzinach od dotarcia na opuszczone lotnisko mieliśmy już zaproszenie do świetnej frakcji, miejsce na obóz i niesamowitą ekipę do integracyjnego piwa. A kilka dni później wiedziałam, że ta impreza to najlepsze wydarzenie wakacji. Na OldTown zamierzam wracać. Rok w rok, edycja w edycję. Dlaczego?

 

 

Larp

 

Zawsze lubiłam gry fabularne. Gdy dowiedziałam się, że można nieco pogłębić zabawę w odgrywanie ról, właśnie poprzez larpy, grałam, kiedy tylko miałam okazję. Jednak kilkugodzinne przebierane zabawy na konwentach czy spontanicznie organizowane gry terenowe nie mogą równać się z rozrywką, jakiej dostarczył mi OldTown. Siedemdziesiąt dwie godziny czystego odrealnienia. Kiedy stajesz się swoim bohaterem na czas posiłku i snu, myślisz jak on i reagujesz podobnie.

Odgrywałam Deridę: łowczynię-przepatrywaczkę, pół-dziką pannę brzydzącą się wysoką technologią i doskonale radzącą sobie na radioaktywnych pustkowiach. Brałam udział w nocnych obławach na raidersów, udałam się z karawaną po zaopatrzenie, pomogłam wprowadzić się w trans zaprzyjaźnionemu szamanowi, broniłam obozowiska przed napadem grasujących w okolicy mutantów… Śmiałam się, irytowałam i emocjonowałam jako moja postać.

Udało mi się nawet autentycznie bać, kiedy na miasteczko napadły przerażające zomboidy – genialne stroje npców, pirotechnika i dymne efekty specjalne sprawiły, że weszłam w tę fikcję kompletnie i nieodwołalnie, przeżywając immersję, jakiej nie sposób osiągnąć przy książce czy filmie. Warto na trzy dni stać się kimś zupełnie innym. To jak reset od świata zewnętrznego, przyjemne zanurzenie się w alternatywnej rzeczywistości.

Ludzie

Ze świecą szukać grona tak otwartych, inteligentnych i pomysłowych przybyszów z całej Polski. Raz jedziesz i masz kumpli w każdym większym mieście kraju, serio. Kreatywnych, zabawnych, prawdziwie wciągniętych w swoje pasje. A jednocześnie, w codziennym życiu zajmujących się naprawdę poważnymi sprawami. Poznałam farmaceutę, przedszkolankę, chemika, pracownika kancelarii notarialnej…

Normalnie nikt by nie pomyślał, że ci ludzie to wariaci, na jeden tydzień lipca rzucający robotę w diabły, przebierający się w zniszczone łachy i przyjeżdżający do Kluczewa by zanurzyć się w świecie bez sztywnych ram, zasad i bieżącej wody, za to pełnym wyzwań, niebezpieczeństw i wygazowanego piwa…

W świecie, który już dawno się skończył.

No i nie oszukujmy się – jako kobieta przeżywam tę imprezę zupełnie inaczej, niż przedstawiciele płci przeciwnej, których jest na OldTownie o wiele więcej, niż pań. Tu każda traktowana jest przez bandę tchnących testosteronem, półnagich facetów z szacunkiem, może poczuć się wyjątkowa i bezpieczna. Z własnego doświadczenia wiem – nie ma szans, by jakakolwiek dama chodziła głodna czy spragniona

Sceneria

Krzesła z opon. Stół ze zderzaka samochodowego. Drzwi z drzwi. Też samochodowych. Kawiarnia we wnętrzu wielkiego, wojskowego namiotu. Tam też jedyna działająca lodówka. Na stolikach z palet – obrusiki.

I świeczki w poobcinanych puszkach, dla klimatu. Tuż obok – dom uciech, ma nawet podarte firaneczki, żeby było intymniej. W głębi miasta – szpital. Mnóstwo prześcieradeł i czerwieni. Nie, to nie krew, to farba, malowali nią krzyż na ścianie budynku, by było wiadomo, gdzie znosić chorych. Przed szpitalem dwa fotele z różnych epok i uwijający się przy nich prawdziwy golibroda. Obok malutkie stoisko wyrwiząba. Ogromne obcęgi nie wyglądają zachęcająco, ale zęby mocno się psują w świecie bez corocznej kontroli u dentysty…

Naprzeciwko hałaśliwe obozowisko dzikusów. Plemienne pieśni, dźwięki bębnów, aromatyczny dym ulatujący pod zachodzące słońce. Wszystko to miesza się z przekomarzaniami kupców ze stoiska frakcji handlowej, gdzie za kilka kapsli można nabyć prawie świeżą marynarkę czy kaburę na broń dowolnego kalibru. Ale nad tym całym zgiełkiem, kurzem i rdzą góruje jedno: mrugający zachęcająco neon. HOME. Dom, do którego ciągniesz, zmęczony, wymięty i pragnący odrobiny cienia w solarnym terrorze.

Bar, w którym za kontuarem z palet obsługuje cię muskularny barman. Nie ma na sobie koszuli, musiała posłużyć wyższemu celowi, ma za to ekstrawagancką muszkę. Profesjonalista. Rozsiąść możesz się na deskach.  Oponach. A nawet kanapie, która sto lat temu mogła uchodzić za ekskluzywny mebel. Jeśli umiesz pisać, możesz nawet uwiecznić się na ścianie, tak jak całe pokolenia przed tobą. Kilkoro pisać nie potrafiło, skutecznie za to odrysowali to, co uważali w sobie za najbardziej wartościowe.

Nocą to miejsce zmienia się. Z przyjaznego bunkra relaksu i odpoczynku zaczyna być miejscem, gdzie musisz działać na najwyższych obrotach. Żyć. Muzyką, tańcem i trunkiem. Bo w OldTown najwspanialsze są…

Imprezy

Cholera, myślałam, że jako młoda dziewczyna nie stroniąca od rozrywki, wiem, co znaczy dobra zabawa. Przyjazd na lotnisko w Kluczewie skutecznie zredukował ten pogląd. Nigdy wcześniej nie tańczyłam na barze przez pół nocy. Nigdy dotąd nie wjechałam na teren imprezy na dachu ogromnej wojskowej ciężarówki. Mającej głośniki rozkręcone na cały regulator.

Nigdy też na takiej nie tańczyłam. Nigdy nie schodziłam z parkietu jako ostatnia, już nie bladym świtem, a o całkiem zaawansowanym poranku… Kiedy włączyć w to klimatyczne ogniska z gitarą, nocne rozmowy o życiu i nieskończoną ilość toastów, nie dziw, że obecnie idąc do klubu odczuwam pewien imprezowy niedosyt…

Podsumowując – OldTown to miejsce o atmosferze, którą mogłoby obdzielić niejeden dużo większy event . Miejsce, gdzie poznasz zupełnie odjechanych ludzi, za którymi zjechałbyś pół Polski, by zobaczyć się na dzień lub dwa poza festiwalem. Nie oszukujmy się, przeżyłeś z nimi koniec świata, nic tak nie zbliża ludzi. OldTown to również przygoda. Żyjąc w postapokaliptycznym miasteczku pełnym barwnych osobowości o różnych zamiarach i dziwnych pomysłach na realizowanie ich, właściwie niczego nie możesz być pewien.

OldTown to nieustająca impreza, zapisująca się w pamięci jak migotliwy teledysk w ciekawej konwencji. Na OldTownie jest brudno, wszystko jest zardzewiałe, postrzępione i podarte. Włosy mam rozczochrane, łydki fioletowe od siniaków, paznokcie połamane. Jednak najlepszy w OldTownie jest fakt, że zupełnie mi to nie przeszkadza…

Ostrzegam jednak. Festiwal OldTown wywołuje pewien zagadkowy syndrom. Nazywa się to fachowo OldTown blues i sprawia, ze po powrocie do zorganizowanego, pełnego rutynowych pryszniców i czystych ciuchów życia, myślami wciąż jesteście na wastelandzie. Ja praktycznie stamtąd nie wracam…

 

img_0040-2a 

Adriana Siess

Kolekcjonerka książek, amatorka przygód Lary Croft i entuzjastka światów wymyślonych – w gimnazjum wygrywała wszystkie konkursy potterowskie, do Gry o Tron zajrzała przed serialem a pierwsze 150 Pokemonów potrafi wyrecytować z pamięci. Dziewczyna-geek, lubi gry – zarówno papierowe RPGi, towarzyskie planszówki jak i komputerowe klasyki. Studentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim, początkująca pisarka. Debiutowała w antologii Fantazje Zielonogórskie. Sekretarz redakcji Czasopisma Coś na Progu. Współpracuje w serwisem Onet.