2106

Prolog

Dobre buty są najważniejsze. Oprócz tego – czapka i torba. Plecak, w którym masz wszystko, co potrzebne, by przetrwać na Pustkowiach. Broni nie noszę – po co kusić los?

Nie ma już państw ani granic, więc wędrówkę odmierzają mi małe skupiska cywilizacji na ruinach dawnych miast. Byłem w zmilitaryzowanym Tricity, odwiedziłem Postnań, dom dawnych Taksiarzy, przeszedłem zrujnowane Breaslau, przemierzyłem całą, niebezpieczną Silesię.

Jestem listonoszem. Przynoszę ludziom wieści, nowiny, listy od rodziny i ukochanych, rozkazy i ponaglenia, a zdarza się, że groźby. Czasem nawet paczki, ale rzadko. Są ciężkie i zajmują dużo miejsca, poza tym od czego są kurierzy?

„Przez śnieg czy przez ogień…”, jakoś tak zaczynała się bodaj przysięga amerykańskich listonoszy, jeszcze przed wojną. Nie pamiętam listonoszy z tamtych czasów, byłem smarkaczem, jak spadły pierwsze bomby. Śniegu też nigdy nie widziałem, ognia zaś widziałem aż za wiele. Tym niemniej to dobra przysięga, jak mi się zdaje. Solidna. Jak się coś robi, to całym sobą.
Wydaje mi się, że nie skłamię, jeśli powiem, że widziałem już prawie wszystko. Jednak jest jedno takie miejsce, gdzie zawsze wracam, nie do końca zawodowo, a przynajmniej nie tylko, ale zwyczajnie, z ciekawości. Staram się tam zawitać przynajmniej raz do roku, w miarę swoich możliwości. Mówię o małym miasteczku zwanym OldTown.

OldTown 2106

Pierwszy raz trafiłem tam przez przypadek, jakieś dziesięć lat temu. Byłem około dwudziestu kilometrów przed Sediną, a zaczynało się już ściemniać. Ta okolica nigdy nie była szczególnie bezpieczna, to i zostawanie tam na noc mi się nie uśmiechało. Jak wyruszałem z Tricity, to ktoś mi napomknął, że w tym miejscu uformowała się mała mieścina. Grupa koczowników, czy – co uznałem za raczej mało prawdopodobne – ludzi, którzy wyszli z Krypty, osiedlili się tu, skleili kilka szałasów, sprzedali kopa okolicznej agresywnej faunie i cyk – miasteczko. W koczowników to jeszcze bym wtedy uwierzył, ale Kryptę włożyłem między bajki. Wtedy nie widziałem jeszcze nigdy wcześniej żadnej z legendarnych Krypt, a co dopiero ludzi, którzy z jakiejś wyleźli. Ale koczownicy, czemu nie? Sedina była wtedy paskudną kupą gnoju, zniewoloną przez gangi i pojebów wszelkiej maści. Nie można było przejść się tam jedną ulicą, żeby nie potknąć się o jakiegoś obrabowanego trupa albo obrzyganego ćpuna, często dwóch w jednym. Nawet ja rzadko się tam zapuszczałem, mimo że niepisane prawo mówi, że do listonoszy się nie strzela. Widać jakaś grupa wyrwała się stamtąd, spindoliła i zbudowała sobie własny raj na ziemi, jeśli jest w tym świecie jeszcze cokolwiek, co można tak nazwać. Dobrze dla nich, pomyślałem sobie. Tak czy inaczej nie miałem pewności, czy ta osada w ogóle istnieje, ale akurat wtedy nie miałem zbytniej alternatywy – musiałem ją znaleźć. Przedzierałem się przez pola zmutowanych roślin uprawnych, które jakimś cudem przetrwały wojnę i zmieniły się w szaro-żółte, wykoślawione łodygi rodem z horroru. Na pewno nie było to bezpieczne, bo po drodze mijałem kilka kopców kretoszczurów, ale lepsze to niż wędrówka przez wielkie, szerokie i rozgrzane, prawie do białości, betonowe płyty, ułożone w długą prostą drogę. Niegdyś było tu chyba jakieś lotnisko, jeśli dobrze pamiętam. Na takiej otwartej patelni byłbym łatwym celem, widocznym z daleka. Jak nie bandyci, czy inni raidersi, to wybebeszyłoby mnie coś jeszcze gorszego. Deathclaw jakiś czy coś. Z bandytami jeszcze bym się jakoś dogadał, ale i tak wolałem nie ryzykować.

W momencie, w którym zaczynałem na poważnie zastanawiać się nad wykopaniem dziury, w której mógłbym się schować na noc, zobaczyłem w oddali słabą łunę światła, a niecałą godzinę później usłyszałem pierwsze dźwięki cywilizacji. O dziwo nie były to strzały, wrzaski patroszonych czy ryki motorów, ale muzyka i śpiew, a w miarę jak podchodziłem bliżej, także głośne rozmowy i ogólny hałas, jak podczas jakiegoś święta. Przez sekundę nie moglem uwierzyć swojemu szczęściu, ale zaraz potem wypadłem z krzaków na wąską drogę, która kończyła się prowizoryczną i niezbyt imponującą bramą, czy może raczej szlabanem i biegnącym po jego bokach niskim murem skleconym z byle czego. Na „bramie” stało dwóch strażników, którzy na mój widok rzucili papierosy na ziemię i wycelowali we mnie broń. Wyglądali poważnie i w sumie trochę znajomo, ale nie miałem czasu się zastanawiać skąd ich znam, bo moje ręce z automatu poleciały w górę, jak wystrzelone z procy. Strażnicy podeszli powoli bliżej, mierząc do mnie z karabinów i choć groźni, nie wyglądali na agresywnych, bardziej jakby po prostu wykonywali rutynowe zadanie. Mieli na sobie czarne skórzane kurtki, zielone bojówki i czarne wysokie buty. Dopiero jak podeszli jeszcze bliżej, rozpoznałem naszywki Brotherhood of Beer na ich ramionach. Kilka dni wcześniej dopiero co wyruszyłem z Tricity, z BoB byłem w dobrych stosunkach. Rozluźniłem się nieco, ale nie opuściłem rąk. Kiedy spytali kim jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że listonoszem i wędruję do Sediny, a dla potwierdzenia moich słów wskazałem czapkę z przypinką ze złotym rogiem, symbolem poczty, jakiego używało się przed wojną. Dla efektu potrząsłem jeszcze moją torbą na listy. Strażnicy obeszli mnie naokoło, obklepali, po czym wzruszyli ramionami i powiedzieli, że mogę wchodzić. Ot tak po prostu. Muszę przyznać, że była to miła odmiana po moich wcześniejszych przygodach ze strażnikami, którzy albo rozbebeszali mi torbę i plecak i kazali wyskakiwać z portek, jakbym sobie armatę w dupie schował, albo zwyczajnie wymuszali łapówki. A tu nic. Zrobili co musieli i przepuścili.

Miasteczko było dziurą – kilka namiotów i szałasów postawionych pod nielicznymi, wysuszonymi drzewami. Niektóre były nawet skupione w nieco większe obozowiska, bo dzielnicami nie nazwałby tego nawet największy optymista. Tym niemniej atmosfera panowała przyjemna, ciepła. Płonęło kilka ognisk, wokół których siedzieli skupieni ludzie w różnym wieku, o różnych profesjach, niektórzy uzbrojeni, inni nawet bez noża. Coś, czego nigdy nie zapomnę, to brak nerwowego napięcia i przygnębienia szarym, zniszczonym światem, jakie zwykle widuję w innych miastach i osadach. Tutaj było… no, wesoło. Zbieranina popijała piwko, smażyła jakieś niewymawialne ścierwo nad ogniem, dłubała nożami w konserwach, opowiadała dowcipy, śmiała się i w ogóle wydawało się, że wszyscy się dobrze bawią.

Nie podchodziłem za blisko do żadnego obozu, chcąc się najpierw rozejrzeć, poznać nieco okolicę. Po przejściu przez szlaban droga rozwidlała się i, jak się później okazało, tworzyła okrąg, który zamykał w sobie wszystkie obozy i zabudowania. Kiedy zapuściłem się nieco głębiej w miasteczko i zapytałem, gdzie mogę się czegoś napić, bo mnie wysuszyła wedrówka, ktoś wskazał mi wydeptaną w suchej, szorstkiej trawie ścieżkę, która kończyła się na niewysokim wzgórku. Kiedy tam dotarłem, okazało się, że wzniesienie przechodzi zaraz w stromą, niewysoką skarpę, po ktorej betonowe schody w dół prowadziły do baru urządzonego w jednym z dwóch bliźniaczych półokrągłych bunkrów.

Nic specjalnego – wzdłuż ścian ustawione były stoły i ławy zrobione ze starych opon i kawałków drewna, na suficie w rzędzie wisiało kilka lamp o różnych odcieniach żarówek, a na samym końcu był blat baru, zrobiony z drzwi położonych na płasko na oponach i beczkach. Zanim zdążyłem się zastanowić skąd tu jest prąd, usłyszałem zagłuszony przez grube ściany warkot generatora. Wziąłem jedno piwo, rzuciłem na blat kilka kapsli i wyszedłem na zewnątrz, gdyż w barze zaczynało się robić tłoczno i dość gorąco.

Pod barem panował przyjemny chłód. Tutaj też stało sporo ludzi, rozmawiali, palili papierosy. Uderzyło mnie, jak wiele osób tutaj ma jedzenie, wodę, papierosy, alkohol. Właściwie chyba nie widziałem żadnej sceny biedy czy głodu. Jasne, na taplających się w kapslach bogaczy też nie wyglądali, ale nadal.

Porozmawiałem nieco z kilkoma osobami. Tak po prostu o tym ich mieście, jak się w nim żyje. Wtedy dowiedziałem się, że miasteczko nazywa się OldTown, a każdy jest tu mile widziany, byle nie rozrabiał za mocno. Dostałem piwo, kilka ciastek i kawałek spalonego mięsa w suchym chlebie. Ot tak, za wieści ze świata i wzięcie kilku listów do Sediny. Chciałem jeszcze iść do kasyna Flying Caravans, którzy wtedy byli tylko zgrają pacanów w lepszych ubraniach, a nie trzęsącą połową pustkowia rodziną, którą są dzisiaj. Kasyno jednak musiało zaczekać na inną okazję, gdyż dzień był długi, a rano czas mi było w drogę.

Następnego dnia, jeszcze przed świtem, zwinąłem swoją matę i ruszyłem dalej w kierunku Sediny. Jeszcze po drodze minął mnie samochód z mieszkańcami OldTown. Krzyczeli coś o szturmie na wieżę. Pojęcia nie mam o co chodziło. Ale już wtedy wiedziałem, że to dziwne miasteczko, gdzie ludzie żyją w spokoju, jakby odżywanie na gruzach cywilizacji było czymś zupełnie normalnym, stanie się stałym miejscem moich odwiedzin. Czy to sentyment, czy ciekawość, chciałem wiedzieć co z tego wyrośnie, o ile w ogóle. Czas pokazał, że ta mieścina pośrodku niczego mnie nie rozczarowała.

Wszystko ma swój początek i koniec.

Konflikt znany jako „Wielka Wojna” zakończył istnienie cywilizacji, jaką znaliśmy, zmuszając nas do ukrycia się w stalowych bunkrach głęboko pod ziemią lub wśród niedostępnej głuszy, z dala od eksplodujących bomb. Czas mijał, oblicze ziemi się zmieniło i w końcu rozpoczęliśmy powrót na tereny niegdyś przez nas zamieszkiwane. Wygrzebywaliśmy spośród ruin wszelkie przydatne śmieci, stawialiśmy na powrót ściany i mury, by ponownie nazywać zrujnowane pustkowia naszym domem.

Tak powstało OldTown. W 2106 roku duża grupa ocalałych postanowiła osiedlić się na ruinach starego lotniska, niedaleko zdewastowanego Stargardu. Pomocną dłoń wyciągneli ku nim wojownicy z Brotherhood of Beer, dostarczając wsparcie logistyczne i zbrojne.

Miasteczko, pomimo bycia nowopowstałą osadą, od razu starło się z tworem znanym jako IV rzesza. Cyborgi, kojarzące się jednoznacznie z żołnierzami poprzedniej wojny światowej, z niewiadomych powodów obrały OldTown jako cel swoich ataków. Dodatkowo miał miejsce konflikt wewnętrzny pomiędzy frakcjami handlowymi, który doprowadził do rozłamu Flying Caravans i powstania Złomiarzy, co przełamało monopol handlowy kupieckiej rodziny w OldTown. Powoli, z gruzowiska i radioaktywnego pyłu, poczęło wyłaniać się miasteczko OldTown.

2107

Niemal równy rok później, przyznam szczerze, szedłem w tamte okolice właściwie tylko po to by zobaczyć, czy OldTown dalej stoi. Teraz, kiedy o tym pomyślę, to nie wiem jaka cholera mnie tam wtedy ciągnęła, bo z pięć razy mało nie zginąłem. Na polach i lasach Północy zalęgło się wówczas mnóstwo zmutowanego paskudztwa. Zombie, ghule i inne na wpół zgnilstwa powyłaziły niewiadomo skąd i żarły każdą padlinę, która się zaplątała w okolicy.

Tym razem wąską drogę do OldTown odnalazłem bez problemu. Wejście do miasteczka nadal odgradzał szlaban, trochę lepszy od poprzedniego, ale nadal nic specjalnego. Po chwili jednak zza wału, wzdłuż którego szedłem, wyłoniła się cholerna warownia BoB. Nie mogłem w to uwierzyć, ogromna fortyfikacja, z wieżą strażniczą, bramą i w ogóle. Kiedy poszedłem dalej w głąb miasta było coraz lepiej. Ludzi było chyba ze dwa razy więcej niż rok wcześniej, obozy przerodziły się… no w sumie to po prostu w większe obozy.

Ale tym razem słyszałem już co najmniej kilka generatorów pracujących z nierównym warkotem w kilku obozach, widziałem straż miejską, która przechadzała się tu i tam, pilnując porządku. Wszystko wyglądało na całkiem nieźle zorganizowane. Strażnicy poinformowali mnie, że nazywają się OldTown Rangers, a na pytanie, czy wiedzą coś o tych ghulach, które usiłowały zrobić sobie ze mnie kolację, odparli że mają tutaj cały oddział BoB, żeby zrobić z nimi porządek.

Spędziłem wtedy w OldTown całe dwa dni, a przez cały ten czas lokalny szeryf organizował ludzi, którzy razem z BoB chodzili polować na ghule. Muszę przyznać, że wykazywali niesamowitą solidarność pod tym względem. Skuteczność także, jak mniemam. W kolejnych latach nie spotykałem się już tak często z trupojadami, więc te całe pielgrzymki musiały przynieść zamierzony efekt. Przyjemnym zaskoczeniem była też obecność dwóch kucharzy, chłopaki na schwał, dowcipne takie dwa gamonie. Ale jedzenie mieli dobre i niezbyt drogie, tylko smak taki nietypowy, coś jakby brahmin.

Ostatnią noc spędziłem w maleńkim obozie, który reklamował się jako „Spartańska Meta”. Za kapsla oferowali kieliszek całkiem dobrej wódki, papierosa i pół ogórka. Nie mam pojęcia, w jaki sposób cokolwiek na tym zarobili, ale odniosłem wrażenie, że sprzedaż była tylko przy okazji, a tak naprawdę chodziło o dobrą zabawę i zawieranie znajomości. I chyba podziałało, bo tych czterech typów, którzy tam siedzieli, to teraz znane szychy Wastelandu. Dzisiaj znani są jako Spartan Commando, pływają w kasie i alkoholu, budują, rekonstruują, inwestują. W życiu bym wtedy tak o nich nie pomyślał.

2107 rok przyniósł miasteczku kolejny krok w rozwoju i kolejne zagrożenia. Czyhające dookoła ghule i zmutowane zwierzęta nie ustawały w atakach na osadę, którą uznały za łatwy kąsek. Na szczęście obecni na miejscu wojownicy BoB oraz członkowie OldTown Rangers z łatwością odpierali ataki oszalałych z głodu, zmutowanych stworów. W 2107 wzrosła również populacja miasteczka.. Na wieść o nowo powstałym miejscu, ludzie zaczęli ciągnąć ku niemu, dając początek, teraz już legendarnej, „Porze Przybyszów”.

2108

Kolejna moja wizyta w OldTown nie byla tak przyjemna jak poprzednia. Nie zdążyłem nawet dobrze przekroczyć bramy miasta, która tym razem naprawdę była bramą, a zacząłem rzygać jak po odstawieniu Jetu. Pamiętam jakąś taką mgłę, która unosiła się nad polami, gdy szedłem znaną mi już wąską drogą. Kiedy już myślałem, że flaki wypluję, ktoś złapał mnie pod pachy i zawlókł do szpitala. Owszem, był szpital, choć wtedy akurat nie byłem za bardzo w stanie zachwycać się tym niezwykłym rozwojem w infrastrukturze miasteczka. Mój podziw musiał poczekać kolejne dwa dni, po których dopiero się obudziłem – jak się okazało, cały i zdrowy, jeśli nie liczyć potwornego głodu i pragnienia. Dowiedziałem się później, że przez miasto przeszła radioaktywna chmura i że miałem dużo szczęścia, bo wiele osób niestety zmarło. Wyszedłem ze szpitala, tylko po to, żeby zderzyć się z wielgachnym sierżantem BoB w pełnym pancerzu.

Ten odwrócił się do mnie, gotów najwyraźniej lać mnie w tubę, ale zobaczył, że jestem listonoszem i dopiero co wyszedłem ze szpitala. Rozluźnił się nieco i kazał mi dołączyć do ludzi stojących pod ich warownią. Szczerze mówiąc w ogóle ich wcześniej nie zauważyłem, co było trudne, bo stała ich tam prawie setka, a miny mieli nietęgie. Dopiero jak posłuchałem co gadał szef BoB i co mieszkańcy mu odkrzykiwali, to zrozumiałem, że tu jakieś przewroty polityczne chyba się dzieją. BoB wymyśliło jakieś tatuowanie prawdziwych mieszkańców, żeby ich odróżnić od przybyszów i zwiększyć kontrolę i porządek, a reszta miasta najwyraźniej zamierzała im pokazać, gdzie mogą sobie wsadzić swój pomysł. Jeden nawet ściągnął nachy i pokazał to dosyć dosłownie, najwyraźniej po to, żeby nie było wątpliwości.

 

Zanim debata miała szansę dobiec końca, skądś nad naszymi głowami świsnęła kula, potem następna i zanim się obejrzałem, biegłem niemal na oślep ze skradzionym po drodze żelaznym garnkiem na głowie, a kule latały mi nad głową jak pojebane. Ledwie udało mi się zbiec w pola za miastem. Pamiętam jeszcze, że już było ciemno, gdy oddalałem się od OldTown, a z daleka mignęły mi trzy białe sylwetki, które niewiarygodnie szybko przemieszczały się w kierunku miasta. Nie zostałem dłużej, żeby przekonać się co to było.

 

Ten rok upłynął w OldTown na politycznych i społecznych tarciach. Nic to dziwnego w miejscu będącym tak zróżnicowaną mieszanką kulturową. Nie pomagała też napięta sytuacja pomiędzy ugrupowaniami religijnymi obecnymi w miasteczku oraz ciągła wojna handlowa wśród osób parających się biznesem. Pojawiła się przygnana wiatrem chmura radioaktywnego pyłu. Zagrożenie chorobowe zostało jednak szybko zażegnane dzięki starannym działaniom szpitala BoB. Coraz więcej ludzi z całych pustkowi osiedlało się w samym OldTown, tworząc powoli jedno z największych miast w postapokaliptycznej Polsce.

2109

Nie będę ukrywał, że przed następną wizytą w OldTown trochę mnie strach obleciał. Moje ostatnie pożegnanie nie było tak ciepłe jak dwa lata wcześniej, a poza tym po Pustkowiu zaczęły poruszać się wojska niejakiego Marszałka, kimkolwiek on nie był.

Podróż upłynęła mi dość spokojnie, w zasadzie to nawet trochę zbyt spokojnie. Z niecierpliwością wypatrywałem znanej mi już wąskiej ścieżki prowadzącej do bramy OldTown. Znalezienie jej okazało się łatwiejsze niż zazwyczaj, gdyż wszędzie walały się ulotki wychwalające tego całego Marszałka tworząc elegancką drogę aż do samego miasteczka.

Kiedy w końcu dotarłem do OldTown, przywitał mnie spory gwar. Obozy, uliczki, ścieżki, handlarze, nawet bank, który jak się okazało był prowadzony przez byłego szeryfa – wszystko to robiło bardzo cywilizowane wrażenie. Tak czy inaczej moje pierwsze kroki skierowałem w stronę stoiska Flying Caravans, żeby kupić zapas wody. Niestety, nic z tego nie wyszło, bo jak się okazało, zapas wody był zatruty. Na szczęście stać mnie było na wynajęcie Taksiarzy, żeby pojechać do pobliskiego jeziora. Wtedy Taksiarze byli jeszcze jakimiś lamusami, których nikt nie znał, ale jak się okazało, mieli dobre podstawy, żeby zdobyć renomę i uznanie. 

 

Wróciliśmy i akurat trafiłem na obrady Rady Miasta. Rada Miasta! No niech mnie garbaty Szpon w dupę podrapie, to brzmiało prawie jak demokracja. Dyskutowali akurat na temat morderstwa niejakiego Małego, członka Kawalerii Berg – lokalnego ugrupowania, które zajmowało się pilnowaniem porządku w mieście. Ku mojej niewypowiedzianej wściekłości głównym podejrzanym był listonosz, niejaki Drapichrust. Taka hańba dla munduru i tradycji. Mam nadzieję, że został stosownie ukarany, bo nie zostałem do końca obrad.

 

Epidemia. Przerażające słowo, wywołujące zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Zbiornik życiodajnej wody w miasteczku został zatruty i duża część mieszkańców miasteczka uległa zarażeniu wirusem. Nad OldTown unosił się opar strachu i niepewności. Choroba została jednak pokonana, a podejrzenia o jej rozsianie padły na Marszałka, władykę z południa kraju. Potwierdziły je wydarzenia, które nastąpiły później. Wojska Marszałka zaminowały teren lotniska ilością ładunków wybuchowych zdolną do wymazania miasteczka Oldtown z mapy. Na szczęście mieszkańcom udało się zażegnać zagrożenie, choćMarszałek i jego IVWRP nadal rzucali cień na Oldtown jak i na całą Polskę.

2110

Pełen optymizmu odwiedziłem OldTown rok później, tylko po to, żeby rzeczywistość spoliczkowała mnie po raz kolejny. W czasie mojej nieobecności, jak się okazało, Marszałek zdobył spore poparcie w miasteczku i poszczuł mieszkańców OldTown przeciwko głównym założycielom miasta – Kawalerii Berg. Poznałem kiedyś typów z Kawalerii. Byli może trochę nieokrzesani, przynajmniej niektórzy, ale ogólnie wywarli na mnie wrażenie dobrych ludzi, którzy chcą dbać o swoje miasto. A kiedy dotarłem do OldTown, to wszyscy siedzieli w areszcie domowym w swoim obozie.

Tymczasem ponoć rozpętała się jakaś potworna choroba i w szpitalu, który należał do wspomnianych wcześniej Spartan Commando, podawano szczepionki. Miła pani doktor metodycznie kłuła długą kolejkę ludzi. Po latach dopiero dowiedziałem się, że to nie były szczepionki, tylko microchipy, które Marszałek rozpowszechniał na zajętych przez siebie terenach. Dobrze, że mnie wtedy nie wzięli i nie zachipowali, dopiero bym miał.

 

Starając się ignorować dosyć napiętą sytuację w mieście, udałem się do restauracji, którą otworzyli Flying Caravans. Pewnie nikt by w to nie uwierzył, ale ja nigdy wcześniej nie jadłem pierogów! Nie wiem, czy te były najlepsze na świecie, ale nigdy nie zapomniałem ich smaku.(*)

Wtedy właśnie zobaczyłem jatkę – tłum uzbrojonych ludzi, którzy bardzo stanowczo maszerowali w stronę obozu Kawalerii Berg. Przewidując najgorsze, dopiłem piwo i pośpiesznie zacząłem zbierać swoje rzeczy do plecaka. Jak się zresztą okazało – w samą porę, bo chwilę później usłyszałem krzyki, serię bluzgów, a następnie gromki ryk szarżującego tłumu.

 

Nie oglądałem się za siebie, wcale nie musiałem. Kawaleria była właśnie eksterminowana przez swoich dawnych przyjaciół i sąsiadów. O ile wiem, części z nich udało się zbiec, ale całe zajście i tak uważam za bestialskie. Wymknąłem się w nocy, zanim rozjuszony tłum zaczął szukać sobie kolejnej ofiary.

 

OldTown stało się miejscem rozgrywek wywiadów; agenci Marszałka oraz władz miasta wciąż ścierały się w walce. Niepokoje społeczne rosły, skutkując wreszcie atakiem rozwścieczonej tłuszczy na obrońców miasta – Kawalerię Berg. Ci spośród nich, którym udało się uniknąć śmierci z rąk tłumu, targani żądzą zemsty i nienawiścią zapisali się później w historii OldTown jako Bękarty Berga.

Do miasta coraz częściej docierały pogłoski o zbliżających się wojskach Marszałka. Mieszkańcy stanęli do obrony swych domów, lecz większość z nich zginęła, próbując je chronić. Marszałek i jego IV Wielka Rzeczpospolita przejęli władzę nad miastem.

2111

Wydawałoby się, że doświadczenie powinno nauczyć mnie unikać miasteczka OldTown, jednak będąc z natury upartym i ciekawskim człowiekiem, nie mogłem się powstrzymać przed kolejną wizytą.

Dotarłem do OldTown bez większych problemów, choć nie obyło się bez omijania patroli ciężkich cyborgów tajemniczego Marszałka. Niestety, OldTown zostało przez niego przejęte i było to widać. W mieście, oprócz straży miejskiej, ulice kontrolowane były przez marszałkowskie cyborgi i roboty. Przypominało to trochę sceny z przedwojennych powieści science-fiction, tu robot, tam robot, jeden nawet chyba był uszkodzony, bo chodził i w kółko śpiewał piosenkę, że jest robotem, który zapierdala w sobotę. Surrealizm… . W mieście władzę stanowił Namiestnik – przedłużenie ramienia Marszałka. Widziałem go raz czy dwa, chadzał, jak pan na włościach w eskorcie dwóch szatańsko pięknych szprych, które jednak wzbudzały we mnie dreszcz niepokoju. Obwieszone karabinami, nożami i maczetami, raczej nie były u boku Namiestnika dla ozdoby. Omijałem zatem typa szerokim łukiem.

Restauracja u Flying Caravans działała w najlepsze, więc posiliłem się całkiem dobrze, a na koniec poszedłem na kawę do Atomic Cafe. Spotkałem tam kobietę, ghula, całkiem łysą z kawałkami skóry odpadającymi jej z czoła i w ogóle, śmierdzącą trochę kurzem i kulkami na mole. Ale była miła i rozmowna, co mnie przyjemnie zaskoczyło.

Kolejnym zaskoczeniem, i to niemałym, był absolutny brak BoB. Po ich warowni nie było nawet śladu, a w miejscu gdzie stała było teraz małe poletko kukurydzy, jeden Brahmin i kilka obskurnych, śmierdzących nawozem szałasów. Nazywało się to ulicą Czeską, a mieszkali tam… no, wieśniaki. Nie wiem, jak to inaczej określić, zwykli rolnicy i hodowcy, wygrzewający się w słońcu, pijący piwo i obrzucający wszystkich kurwami, a czasem jakimś ziemniakiem, czy cebulą. Surrealizm, jak już wspomniałem.

 

Poszedłem do baru, żeby zasięgnąć trochę języka i miałem nieszczęście, że usiadłem na kanapie, która jak się okazało należała do Spartan Commando. Nie miałem o tym pojęcia, owszem, trochę dziwne było, że w zatłoczonym barze jest cała pusta kanapa, ale jakoś wtedy nawet mi to do głowy nie przyszło. Dopiero jak przyszedł jakiś gość, obwieszony tubkami i strzykawkami i kazał mi spierdalać pokazując naszywkę „Spartan Commando”, to się zorientowałem o co chodzi. Grzecznie wstałem i poszedłem gdzie indziej, a typ ze strzykawkami rozawlił się na kanapie i z miną zwycięzcy zapalił cygaro. Cwel. Zapytałem kogoś co się ostatecznie stało z Kawalerią Berg, a facet przyciszonym głosem poinformował mnie, że gdzieś głęboko w polach funkcjonuje bojówka Kawalerii, zwana Bękartami Berga, a ich szefem jest niejaki Smok Apacz. Ponoć kawał skurwola, a Namiestnik, jak tylko słyszy o nim, to chuj go strzela. Stąd taka konspira.

 

Jak wyszedłem z baru, to najwyraźniej dzień się dopiero rozkręcał, bo miasto było w absolutnym chaosie. Na wyrywki zdołałem się dowiedzieć, że ktoś zadźgał Namiestnika, ponoć wieśniaki z Czeskiej, ale tak narpawdę nikt nie potrafił mi podać konkretnej odpowiedzi. Namiestnik w ciężkim stanie, Marszałkowskie roboty i cyborgi zatrzymują wszystkich na kontrole i przesłuchania, wybuchały bójki i przepychanki, a zastępcą Namiestnika został, no kurwa uwierzyć nie mogłem, typ ze Spartan Commando, który mnie z kanapy wygonił. Nie bedzie chyba dziwnym, jeśli powiem, że to był mój znak, by, znowu, spieprzać co sił z OldTown, zanim gość ze Spartan, wpadnie na pomysł, żeby i mnie na spytki wziąć.

Poźniej z wiadomości od podróżnych dowiedziałem się, że ten gościu ze Spartan, niejaki chemik Wilku, też został pchnięty nożem tego samego dnia co Namiestnik. Nie żałuję go, choć długo sobie nie porządził.

 

OldTown pod władzą Marszałka stał się miastem restrykcji i twardych reguł. Mieszkańcy na każdym kroku wyrażali swe niezadowolenie z tego stanu rzeczy, ale obecność ciężkich cyborgów wojsk Wielkiej Rzeczypospolitej skutecznie studziło ich chęć do otwartego buntu. Bękarty Berga nękały siły Marszałka na każdym kroku, jednak zostali w końcu wyrżnięci praktycznie co do nogi. Niewielu udało się ujść z życiem. Po tym wydarzeniu OldTown przez jakiś czas jeszcze pozostawał w rękach nowych władz, ale rękach już słabnących i rozluźniających chwyt.

2112

Przez te wszystkie lata ciągle wracałem do OldTown, pomimo niejednej stamtąd ucieczki, pomimo zagrożeń, lokalnych potyczek, czy przewrotów. Chyba właśnie po tych sześciu-z-okładem latach postanowiłem, że już zawsze będę tam wracał. Chyba gdybym tego nie zrobił, uznałbym taki rok za stracony.

A zatem, jak łatwo się domyślić, rok później po raz kolejny moja droga przywiodła mnie do OldTown. Ciężko mi było nawet wyobrazić sobie, czego powinienem się spodziewać, ale mile sie zaskoczyłem, gdy miasto okazało się spokojniejsze. Większe, bardziej zaludnione i rozrośnięte, ale spokojniejsze. Z taką trochę ulgą przyjąłem powrót BoB, chociaż tym razem wydawali się jakoś mniej spięci, jakby byli na wakacjach. Mieli hamaki, muzykę, pili piwko i jedli mięso z grilla, wszystko w miłej i podejrzanie przyjaznej atmosferze. Nawet ich osławiony w tych częściach Polski fort bardziej przypominał, no nie wiem, zagrodę? Ostrokół? Coś pomiędzy w każdym razie.

Oprócz całkiem sporego obozu BoB były jeszcze jeden, który się odznaczał. Otoczony płotem, murem i siatką, dosyć przepastny. Jak się okazało był to obóz ZUS, czyli, jeśli dobrze zapamiętałem, Zjednoczonej Unii Sediny. Minęło trochę czasu od mojej ostatniej wizyty w Sedinie. Jeśli niektóre moje pobyty w OldTown wydawały się niebezpieczne, to były one absolutnie niczym w porównaniu z tym co się działo w Sedinie. Przynajmniej kiedyś. Dlatego też zdziwiłem się zdziebko, gdy zobaczyłem całą dzicz Sediny… no, taką cywilizowaną. Przelotnie zobaczyłem ich przywódcę.

Cyborg, ale nie taki jak ci od Marszałka, którzy byli w zasadzie już robotami. To był taki po prostu człowiek, tylko że nie w całości. Miał ogromną szponiastą cyber-protezę zamiast jednej ręki. Wyglądał groźnie. Ale na pewno nie agresywnie. Może właśnie kogoś takiego trzeba było w Sedinie? Obiecałem sobie pójść tam przy najbliższej okazji, której do tej pory nidgy nie było. Może to i dobrze.

Osobistości i osobliwości w tym roku było w OldTown w bród! Poznałem szamana, wielkiego widzącego, wieszcza i najwyraźniej też strasznego ćpuna. Ale odprawiał takie czary, że włos się na głowie jeżył. Rozmawiał z duchami, zmieniał kolor ognia… i wznosił modły do złotej rybki zawieszonej w słoiku na gałęzi. Stąd moje podejrzenie o ćpaniu.

Oprócz tego po raz pierwszy widziałem prawdziwych mieszakańców Krypty! Wiem, że może powinienem był o tym powiedzieć na początku, ale po tylu latach już zdążyłem zapomnieć, jakie to było wtedy dla mnie przeżycie. Wszyscy pochodzili z Krypty 801, mieli jednakowe ciemnoniebieskie kombinezony i byli niesamowicie bladzi. Widziałem jak kilka mieszkańców miasteczka oprowadza ich i pokazuje co ciekawsze zakątki.

Dzień toczył się właściwie bez większych wybuchów, tak dosłownie jak i w przenośni. Powiem więcej, zamiast przewrotów, organizowane były akurat wybory na burmistrza miasteczka. Kandydatów było trzech. Jeden to jakiś wielki wygadany dryblas ze Spartan Commando, który chyba nie traktował sprawy do końca poważnie, choć poklask miał spory. Drugim kandydatem był wspomniany przeze mnie wcześniej cyborg, przywódca ZUSu, co tylko dodatkowo poprawiło moją opinię o Sedinie. Trzecim kandydatem natomiast, co mnie mile zaskoczyło, był szef lokalnej poczty. Rozmowny człowiek z charyzmą, ale taki no, swojski. Głosowałbym na niego, gdybym był mieszkańcem. Ale nie miałem tym razem nawet czasu zostać do końca debaty, praca wzywała. Życzyłem im w duchu powodzenia na nowej drodze, gdzie sprawy załatwia się dyplomatycznie i ruszyłem w swoją drogę.

 

Po zamordowaniu namiestnika marszałkowskiego i jego pogrzebie, w mieście zaczęło dochodzić do coraz to dziwniejszych wydarzeń. Do OldTown przybyli ocalali mieszkańcy pobliskiej krypty. Jako zagorzali komuniści zaczęli szerzyć propagandę wśród mieszkańców miasteczka. Tymczasem, podczas wyborów nowego burmistrza, pod nogami tubylców otworzyła się ziemia i to w sensie dosłownym. Spomiędzy pęknięć w glebie wypłynęła żrąca substancja, a domy zadrżały w posadach. Rada, zwołana naprędce wśród ogólnej paniki, odkryła, że miejsce, w którym żyją, wkrótce przestanie istnieć. Rozpoczął się proces ewakuacji, ludzie porzucili swoje domostwa i ponownie odeszli na pustkowia, z lękiem wyglądając przyszłości. Na szczęście, dzięki Shperaczom i komunistom z krypty, udało się uruchomić technologię G.E.C.K., dzięki której szybko został wybrany teren pod podwaliny nowego miasta.

2113

Rok później muszę przyznać, nie mogłem się już doczekać kolejnej wizyty w OldTown. Kiedy je opuszczałem ostatnim razem zdawało się, że sytuacja w końcu się ustabilizowała, a miasto wreszcie będzie się rozwijało w jednostajnym, zdrowym tempie. Naprawdę byłem ciekaw, co się zmieniło przez ten rok. Jakżeż się zatem zdziwiłem, gdy jeszcze spory kawałek przed miasteczkiem, mój licznik Geigera zaczął ostrzegawczo trzeszczeć. Na początku myślałem, że to jakaś przypadkowa anomalia, co się przecież zdarzało, ale w miarę jak się zbliżałem, licznik odzywał się coraz natarczywiej. Wiedziałem, że niedaleko maisteczka stoją dwa wysokie budynki, zwane hotelami, kiedyś była to siedziba nijakich Czahi, paskudnego gangu, który jednak ugiął się pod rozwijającą się potęgą OldTown. Nie widziałem ich od lat, czyli musieli albo wszyscy zginać, albo uciec gdzieś bardzo daleko. Hotele były zatem wolne od niebezpieczeństw, postanowiłem tedy wdrapać się na szczyt któregoś z budynków, by mieć lepszy punkt obserwacyjny.

Kiedy stałem na dachu, musiałem aż przetrzeć oczy ze zdumienia. OldTownu nie było. Nie, że zostało opuszczone, czy wyludnione, po prostu go tam nie było, a w jego miejscu stał ziejący pustką i kurzem krater.

Nie będzie niczym wstydliwym, jesli powiem, że łza mi popłynęła po policzku. To było intrygujące miejsce, snułem nawet marzenia, żeby osiąść tam na starość, cholera, może nawet rodzinę bym tam założył. A teraz była tam dziura w ziemi i sucha, popękana śmierć.

Z ociąganiem i zgaszonym duchem ruszyłem w drogę powrotną, niemal powłócząc nogami. Obrałem nieco inną trasę, chcąc nieco dalej zahaczyć o kilka pól i może zastawić jakieś sidła. Zakładałem postój w OldTown i nie przewidywałem, że będę musiał zdobywać jedzenie na pustkowiu. Nie zdążyłem jednak ujść zbyt daleko, może raptem kilka godzin marszu od OldTown, kiedy za sobą usłyszałem gwarę i stukot kół na popękanym betonie. Zza zakrętu wyłoniła się karawana, wóz ciągnięty przez dwa brahminy, woźnica i kilku chłopa zbrojnej eskorty. Kiedy zapytałem dokąd zmierzają, odparli, że to NewTown. Jeśli zniszczenie OldTown mnie nieprzyjemnie zaskoczyło, to tym razem byłem zwyczajnie osłupiały. Poprosiłem o dołączenie się do karawany i jeszcze tego samego dnia stanęliśmy u bramy nowego miasteczka. Było bardziej przepastne, bardziej, no jakby miejskie od OldTown, ale niestety nie dane mi było zwiedzić go od środka. Na bramie powiedzieli nam, że wielka Rada Schronu 801 nie wpuszcza nikogo bez paszportu, a kiedy próbowaliśmy jakoś przekonać strażników, żeby jednak zrobili wyjątek, to odbezpieczyli karabiny i kazali nam zwyczajnie i ordynarnie wypierdalać. Nie było wyjścia jak zawrócić, ale wtedy karawaniarze powiedzieli, że w pobliżu jest jeszcze jedna osada. Była to Sicz. Jak się okazało stare OldTown po swojej zagładzie podzieliło się na dwa obozy – komunistyczne NewTown pod dowództwem Schronu 801 oraz wolną i niezależną Sicz dowodzonę twardą, choć sprawiedliwą ręką tajemniczego Khana.

 

Kiedy dotarliśmy do Siczy, to trochę się najadłem strachu, bo ta niewielka osada przy pominała bardzo jedno z tych bandyckich osiedli z Sediny. Wszyscy wyglądali jak typy spod ciemnej gwiazdy, paradowali z bronią, pili, ogółem zakapiory. Ale jakoś nikt nie dał nam po gębach, nikt nas nie okradł i właściwie okazało się, że chętnie pohandlowali, przekazali mi kilka listów i przyjęli nas raczej ciepło. Ten cały Khan musiał mieć jaja jak koła od traktora, nie dane mi go było jednak poznać. Powiedziano mi, że w „Komuchowie”, tak nazywali w Siczy NewTown, to sobie żyją jak panicze, jak u Pana Boga za piecem, mają jakieś dronki, co strzelają do intruzów, pola minowe i w ogóle, a wszystko u nich jest wspólne i ogólnie bajka. Tylko, że to wszystko złudzenie, mydlenie oczu i jabłko gnijące od środka. Tak przynajmniej uważali mieszkańcy Siczy.

Nazajutrz, napojony, z prowiantem na drogę, wyruszyłem z Siczy, a do NewTown już nie powróciłem, choć kusiło mnie by spróbować jeszcze raz się tam dostać. Miałem później żałować mojej decyzji, gdyż piękne, utopijne miasteczko NewTown, gdzie każdy ma pracę, dach nad głową i bezpieczeństwo, nie istniało zbyt długo. A przynajmniej nie w tej formie, w jakiej powstało.

Życie to ruch i ciągła zmiana. OldTown jakie znaliśmy zamieniło się w radiaktywną dziurę, wylęgarnię wszelkiej maści paskudnych mutacji.

Ludność miasta podzieliła się na dwa „obozy”. Jedni zamieszkali w wysoce rozwiniętym NewTown, pod ochroną wszędobylskich i śmiertelnie niebezpiecznych dronów, z komunistyczną propagandą płynącą całymi dniami z głośników. Ludzie ci zapłacili za bezpieczeństwo własną wolnością. Równocześnie powstała Sicz, rządzona przez Khana. Aglomeracja ludzi wolnych i gwałtownych jak dziki pies przyczaiła się wśród ruin kasając każdego, kto stanowił dla niej zagrożenie. Nikt nie miał wątpliwości, że te dwa, jakże różne od siebie, skupiska ludzkie muszą w końcu skoczyć sobie do gardeł, by w krwawej walce wyłonić zwycięzcę i dominanta. Jednak tak się nie stało. Sicz i NewTown zjednoczyły się w obliczu wspólnego wroga – mutantów, które zagrażały tak samo jednym, jak i drugim. W końcu, wraz z upływem czasu, Sicz i NewTown stopiły się w jedno, tworząc na powrót dom pod wspólną nazwą OldTown.

2114

Po mojej ostatniej wizycie w OldTown, czy raczej NewTown i Siczy, nie minęło nawet pół roku, zanim nawet na południe dotarły wieści, że na północnym zachodzie źle się dzieje. Ludzie znikali bez śladu, całe karawany zarżnięte jak świnie, a polowania i wyprawy ratownicze wracały z niczym, lub nie wracały wcale. Ciągnęło się to przez kilka miesięcy i za każdym razem gdy myślałem, że sprawa ucichła, znowu dało się słyszeć o jakichś porwaniach i innych mrocznych historiach.

Jak łatwo się domyślić, mimo wszystko wyruszyłem ponownie w tamte strony. Kiedy byłem już blisko terenów OldTown, to pomimo dobrego maskowania nie mogłem za bardzo spać w nocy. Porykiwania jakieś, szuranie po betonie, warkoty… nie dało się przy tym zmrużyć oka. Wtedy po raz pierwszy dałem wiarę wszystkim tym opowieściom o nocnych potworach wokół OldTown.

Na początek poszedłem na teren Siczy, gdyż mimo wszystko przyjęto mnie tam ciepło i serdecznie. Zdziwiłem się zatem, gdy okazało się, że Siczy już nie ma. Tak jak OldTown rok wcześniej, tylko bez tego krateru całego. To była po prostu goła ziemia i kilka smutnych cegieł, które jakimś cudem ostały się jedna na drugiej, albo leżały porozrzucane tu i ówdzie. Można by pomyśleć, że byłem przyzwyczajony już do znikających miast i innych niecodziennych wydarzeń w tych stronach, ale tak szczerze, to ja się do tego chyba nigdy nie przyzwyczaję. Najbardziej tylko dziwi mnie jak taka banda twardzieli i wojowników, jaką była Sicz, mogła zwyczajnie zniknąć? Nie umiałem tego pojąć.

Póki słońce świeciło, poszedłem dalej w stronę NewTown. Kiedy byłem już prawie pod bramą przywitała mnie kolorowa tabliczka oświadczająca wszem i wobec „OldTown Wita”. Powrót do dawnej nazwy był miły i nostalgiczny, ale oznaczało to kolejny przewrót we władzach miejskich. Kiedy przekroczyłem próg bramy doszło do mnie, że nie mógł być to zwykły przewrót. Miasto wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Bieda, brud i głód. Nie umiałem sobie wyobrazić, co tu się mogło stać. Mimo początkowego szoku zacząłem w końcu dostrzegac coś innego – integrację, zawzięcie, determinację. Coś złego spotkało to miasto, a ono nieubłaganie stawało na nogi. To był widok mocno podnoszący na duchu.

Przeszedłem się po miasteczku, którego nie dane mi było wcześniej zwiedzić od środka. Było tu dużo więcej miejsca, porządny budynek z barem, szpitalem i pomieszczeniami gospodarczymi. Stała wielka Arena otoczona metalową siatką, a obok niej niewielki budynek zajęty przez Shperaczy – potężnej organizacji religijnej, która, no tak jakby czci technologię. Kiedy powoli się ściemniało, na drewnianych słupach rozbłysły lampy oświetlające główne ulice. Jedna z najjaśniejszych uliczek kończyła się przy niezwykle kolorowym i gwarnym stoisku Alkochemików – handlarzy alkoholem z Postnania. Postanowiłem się tam zatrzymać, wypić trochę i zasięgnąć języka. Jak się okazało, miałem słuszność, to co się wydarzyło w mieście to nie był zwykły przewrót. Polityka Krypty 801 doprowadziła miasteczko niemal do ruiny, jednak nie to było ostatecznym ciosem. Niedługo po moim odejściu rok temu Khan został ranny i wyszło na jaw, że był wysoce zaawansowanym cyborgiem. Czy marszałkowskim to nie wiem, bo każdy miał inną opinię. Ale po tym wypadku Khan uciekł i słuch on nim zaginął. A Sicz pozbawiona jego twardej ręki zaczęła popadać w degradację, gdy każdy walczył o dominację. A to był dopiero początek problemów. Zimą zaczęły się te porwania, o których wspominałem. Na początku Sicz razem z NewTown mieli współpracować, by rozwiązać ten problem, ale wyszło z tego tylko więcej śmierci i zaginięć, a Sicz rozpadła się zupełnie, a jej niedobitki wróciły do obecnego już OldTown, podczas gdy reszta zbudowała niewielki obóz tuż pod murami miasteczka.Po tym wszystkim niby zaczęli się już podnosić, ale każdy bał się wyściubić nos za bramę miasta, zwłaszcza nocą. A karawany to ponoć w ogóle omijały OldTown szerokim łukiem. A wszystko przez Czerwonookich. Stwory, które żerowały w nocy. Nikt nie wiedział dokładnie jak wyglądały, bo nikt kto ich spotkał, nie przeżył. Próbowali z nimi walczyć, ale były zbyt szybkie, zbyt silne i zdawały się być niezniszczalne. Trochę przygnębiła mnie ta historia, a w dodatku zacząłem się obawiać, że byc może nie będę mógł opuścić miasteczka skoro te potwory tu krążyły.

Wyszedłem od Alkochemików nieco podpity na smutno, po drodze kupiłem bułkę z jakimś mięsem i chyba kilogramem cebuli, twór, który Flying Caravans nazywało hamburgerem. Wyglądało źle, smakowało niewiele lepiej, ale wypełniało żołądek. Ponoć spóźniłem się na dania podawane przez chłopaków z Gastro, bo dopiero co zamknęli, ale nie było mi żal, bo przecież i tak się nigdzie nie wybierałem.

Zawędrowałem do baru, który był niebotycznie lepszy od tego starego. Duży, wysoki, w miarę dobrze oświetlony, było gdzie usiąść, sam bar był długi i szeroki, a kolejki szybko znikały. Siedziało mi się tam bardzo przyjemnie, muzyka leciała, ludzie tańczyli, co dawało nadzieję, że nie popadli jeszcze w całkowitą apatię.

W pewnym momencie jednak coś się stało i padł prąd. Zrobiło się ciemno i cicho. Zgromadzeni w barze ludzie pytali się na wzajem o co chodzi i kręcili się bez celu, szukając jakiejś informacji. Z początku myślałem, że to zwykłe spięcie w generatorze, czy coś. Myliłem się jednak i to bardzo. Najpierw poczułem dziwny ostry zapach, jakby ktoś zapalił tysiąc petów na raz, a potem zza wyjścia na tył baru zaczęła się wlewać gęsta biała mgła, która migała, jakby miała w środku małą burzę z piorunami. Wszyscy przyglądali się jej jak zaczarowani, dopóki we mgle nie zamigotały dwa czerwone punkty, świecące i złowrogie. Wtedy każdy, jak jeden mąż rzucił się pod stół, albo przywarł do ściany, czy wślizgnął za bar. I nic, absolutna cisza. Ja zdołałem się jedynie przykleić do filara na środku baru. Byłem tak przerażony, że nic więcej nie wymyśliłem.

I wtedy ich zobaczyłem. Wlewali się przez okna i otwarte przejścia, wyłaniali się z błyskającej mgły jak zjawy, jak koszmary. Nie umiałem nawet określić czym dokładnie są, mutantami, cyborgami, ghoulami, czy czymś jeszcze innym. Miałem dziwne wrażenie, że wszystkim po trochu. Ich płaskie metalowe twarze pokryte były zaschniętą krwią i kablami, które wyłaziły pod różnymi kątami i ginęły im gdzieś za plecami, oczy były jedynie dwoma świecącymi na czerwono punktami. Choć zapakowani i opatuleni w jakieś podarte, dyndające szmaty, widac było, że ich sylwetki są zupełnie różne. Jeden skradał się powoli przy samej ziemi, zgrzytając o podłogę ogromnymi, szerokimi jak tasaki ostrzami, które miał zamiast rąk. Inny był wielki jak góra, szedł powoli opierając gorylowate łapska przed sobą. Jeszcze innemu jakieś wyrostki wyrastały z pleców, ale głowę dałbym sobie uciąć, że to był metal, nie jakaś narośl kostna. Wszyscy wyglądali, jakby ktoś zmielił w jednym młynie ludzi, zwierzęta i tonę złomu, a potem spróbował zbudować z tego coś na kształt humanoida.

Pełzli powoli po całym barze, jednak nikogo nie zaatakowali. Rozglądałem się nerwowo w poszukiwaniu lepszej kryjówki, ale napotkałem wzrok jakiegoś meiszkańca miasteczka, który tylko przyłożył palec do ust, każąc mi być cicho. Byłem zatem cicho. Jeden z potworów podszedł do mnie i obwąchał mnie jak pies, oparł metalowe, szponiaste łapy na kolumnie, do której przylgnąłem i zaczął mi się badawczo przyglądać. A potem odszedł, odpełzł dalej. Dopiero dużo później zrozumiałem, że one nic nie widziały, dlatego każdy dosłownie zamarł w bezruchu licząc na to, że stwory ich nie odnajdą. Będąc sparalizowanym ze strachu nie ogarniałem tego wtedy i nawet nie zauważyłem, kiedy Czerwonoocy wyszli na zewnątrz baru, na główną ulicę OldTown. Ciężko mi teraz określić ile tak stałem pod tą kolumną, mogło być pięć minut, a może i pół godziny, ale ocknąłem się, jak na zewnątrz baru rozległ się hałas typowy dla bitwy – krzyki, wrzaski, strzały, szczęk metalu i mlaskanie masakrowanych ciał. Kiedy wybiegłem na zewnątrz było już właściwie po wszystkim, z dwa samochody szykowały się do pogoni za Czerwonookimi, którzy zbiegli z miasta, natomiast samo miasteczko było obrazem obsolutnej masakry. Wszędzie ciała, wrzeszczący ranni, odcięte i oderwane kończyny walały się po betonie jak śmieci. To był jeden z najbardziej przerażających dni w moim życiu, chyba nigdy się tak nie bałem.

Teraz, jak już minęło trochę czasu, to mogę o tym swobodnie opowiadać. Czerwonoocy zbiegli, ale zostawili za sobą jednego ze swoich, który ponoć nagle upadł, a oczy mu zgasły. Mówią, że reszta stworów nawet nie zwróciła na to uwagi. Później, jak już zdołali jakoś oskubac potwora ze wszystkich pancerzy, kabli, ścięgien i wyrostków, wyszło na jaw, że był to jeden z zaginionych wcześniej mieszkańców OldTown. To była dopiero groza, w życiu o czymś takiem nie słyszałem.

Musiałem zostać w mieście na dłużej, gdyż bałem się samemu wychodzić znowu na pustkowie, a żadna karawana póki co nie zamierzała wyjeżdżać. Dlatego byłem świadkiem bitwy. Jeśli mogę się tak wyrazić, bitwy wiekopomnej. Kilka dni po wydarzeniach w barze, pod bramą miasta pojawił się nie kto inny jak sam Khan! Prowadził ze sobą chyba z dwadzieścia tych Czerwonookich. Stały przy nim jak tresowane zwierzątka. Dopiero wtedy zrozumiałem kto za tym wszystkim stał. Khan wygłosił mowę, w której zarządał od OldTown uległości i stałych dostaw materiału, jak to określił, na swoje Psy Wojny, a wtedy on podbije świat i stworzy nowe państwo. Brzmiało to jak majaki złych lordów z przedwojennych filmów. Naturalnie miasto odmówiło i rozegrała się chyba najbardziej zajadła i brutalna bitwa jaką zdarzyło mi się oglądać. Mieszkańcy miasta rzucali się po dziesięciu, po dwudziestu na każdego Czerwonookiego, jednak one nadal napierały, jakby niewrażliwe na ciosy, wyrzynały sobie drogę wśród trupów.

Wtem jak coś nie błysło, jak nie pierdolnęło, aż mi w uszach zadzwoniło. To było wielgachne EMP odpalone przez komputer sterujący systemami obronnymi miasteczka. Wtedy wszystkie stwory, jak i sam Khan padli na ziemię. I już nie wstali. To był koniec. Podniosła się wrzawa zwycięstwa, ludzie płakali z radości, albo siadali na ziemi z ulgą, że to już koniec.

Ciała Khana i jego Psów Wojny zostały spalone. Komputer sterujący nadal działał, ale od EMP padła w mieście cała elektronika, światło, wszczepy, czujniki. Ale zdawało się, że nikt się tym nie przejmował.

Wyjechałem nazajutrz z pierwszą karawaną, która dziarsko i pełna nadziei wyruszyła na pustkowie odbudowywać OldTown.

Strach i groza. Uczucia, które towarzyszą nam od zarania dziejów, od najdalszych krańców czasu, zmuszając nas do chowania się przed ciemnością i nieznanym. Te uczucia powróciły do serc mieszkańców nowo powstałego OldTown i zamieszkały tam na dobre. Co noc na skraju pola widzenia prześladowały ich żarzące się czerwone oczy. Ludzie poczęli znikać bez śladu, a mrok przeszywały przerażające wrzaski. W końcu czerwonookie monstra wtargnęły do miasta. Niewrażliwe na razy czy kule, mordowały ludzi w sposób okrutny i brutalny, by potem zabrać ich w noc. Sztuczna Inteligencja, sprawująca pieczę nad  systemami obronnymi miasta, niechętnie zasugerowała użycie ładunku elektromagnetycznego. Rozwiązanie to spotkało się z aprobatą Doktora, prawej ręki Khana z czasów, gdy ten jeszcze władał Siczą. Wyjawił, że czerwonookie stwory są zemstą byłego wodza Siczy, chorym wymysłem jego cybernetycznego mózgu. EMP zostało odpalone, Khan, Doktor i czerwonoocy padli martwi.

W tym spektaklu śmierci znalazło się też miejsce na cud narodzin. Dzięki błyskowi elektromagnetycznemu sztuczna inteligencja miasta zyskała osobowość i autonomię. Zażądała, by od tej pory nazywać ją Igorem.

2115

Teoretycznie po tych wszystkich perypetiach i przygodach, które spotkały mnie w OldTown, nie powinienem mieć nadziei, że to miasteczko wróci do okresu dobrobytu i spokoju. Dlatego cieszę się, że czas pokazał jak bardzo się myliłem.

Moja ostatnia wizyta w OldTown zaczęła się od widoku miasta, które staje na nogi, które ma energię i zapał. Serio, działo się! Światła, handel, jedzenie sprzedawane na stoiskach, pyszne alkohole, straż miejska, szalejący bar, karawany i wyprawy co rusz mijające wielką metalową bramę.

Ponoć wszystko to zasługa sztucznej inteligencji, która sprawowała władzę w mieście, a kazała na siebie mówić Igor. Jak długo żyję, takich cudów to chyba nigdzie jeszcze nie widziałem. Ale zdaje się, że pod rządami Igora wszystko rozwijało się dobrze i mieszkańcy byli w większości zadowoleni. Spotkałem się z kilkoma nieprzychylnymi opiniami, że niby robot to nie jest odpowiednia władza, doprowadzi nas do zguby i tak dalej. Ale to była garstka ludzi.

Wieczorem w barze był spory ruch, gwar i w ogóle było bardzo przyjemnie. Była tylko jedna taka grupa, kilkanaście osób, bardzo kolorowo poubierani i bardzo, no… ekscentryczni. Jak dla mnie gadali od rzeczy cały czas, ale sypali kapslami, jakby im sie nie kończyły. Ich szef był taki strasznie wysoki i chudy, przerażał mnie do szpiku. Jak się okazało słusznie. W pewnym momencie cała ta grupa zdemolowała pół baru, wystrzeliła serię w sufit i założyła maski. To były straszne maski. Miałem wrażenie, że dopiero te maski były ich prawdziwymi twarzami. Ten wysoki szef, który nazwał się Poganinem, a swoją grupę Ramatem, wygłosił mowę o tym, że są rycerzami Dżedaj walczącymi o miłość na pustkowiach, a pusta w środku maszyna jest czystym złem i doprowadzi nas do zguby. Potem zaczęła się przepychanka, a całość zakończył sam Igor. W pewnym momencie błysnęły silne reflektory, a do baru wszedł błyszczący, biały robot. Robot! Jego pojedyncze, świecące oko nieruchomo wpatrywało się w intruzów, a gdzieś z jego trzewi wydobył się metaliczny głos, że Ramat nie jest tu mile widziany. Kiedy intruzi próbowali oponować, robot chwycił jednego z nich i dosłownie wyrzucił go z baru, jakby ten prawie nic nie ważył. Ramat zapowiedział wtedy rychły powrót, wskoczyli do swojej terenówki i odjechali.

 

Niestety zgraja ta później również dawała się we znaki, choć ich działania były conajmniej nietypowe. To częstowali ludzi na drodze zatrutą herbatą, to wjechali na ogromnej ciężarówce, która dudniła muzyką, a na dachu stał jeden z nich i grał na gitarze, to porwali jakąś dziewczynę. Napięcie w mieście rosło.

Igor zorganizował turniej Juggera – wspaniałej, widowiskowej gry. Musiałem mu to przyznać – nawet jeśli był tylko maszyną, to był to świetny ruch z jego strony. Przybyły tłumy, sporo drużyn gotowych się zmierzyć na arenie. Jedyne, czego nikt nie przewidział to to, że Ramat będzie finansował drużynę Zakonu Świętego Płomienia. Wjechali sobie na swojej terenówce jak gdyby nigdy nic i dopingowali Zakon, a nawet rzucali wyzwiskami i zepsutym jedzeniem, gdy gościnnie dla jednej z drużyn zagrał sam Igor w ciele swojego białego strażnika.
Nie wiem, czy taki ruch był do końca legalny, ale wiwatom nie było końca. Potem niestety sprawy przybrały zły obrót, bo mieszkańcy zwrócili się przeciwko Ramatowi. Co to była za jatka! Ramat wymachujący bronią, cofający się do samochodu, Zakon, który wpadł między mieszkańców i jak szaleńcy bronili Ramatu, na Zakon natarło chyba pół miasteczka i nawet BoB w pełnych zbrojach z tarczami! Nie mam pojęcia w jaki sposób Ramat zdołał stamtąd wyjść cały.

Udało im się jednak. Przez jakiś czas był względny spokój, choć chodziły słuchy, że niektórzy mieszkańcy próbują dogadywać się z Ramatem, że oni ponoć nie tacy źli, jeno troche pomyleni. Ja tam nie wiem, dla mnie byli kompletnymi szajbusami.

Kiedy myślałem już, że Ramat został w zasadzie przepędzony, to się nagle okazało, że zorganizowali jakąś wielką akcję przeciwko Igorowi, że wystawili jakieś emitery, czy zagłuszacze, czy inne cholerstwo, a ich poplecznicy bronią tych miejsc, podczas gdy sam Ramat zamierza wysadzić w powietrze jakiś Igorowy podziemny schron z czymś tam ważnym w środku… Naprawdę nie rozumiałem o co chodzi, strasznie dużo technicznego pierdolenia, nawet chyba Shperacze się w tym pogubili. W każdym razie pojechała odsiecz. Duża, bo prawie całe miasteczko wychodziło falami, by odeprzeć rzekome niebezpieczeństwo. I nastała cisza w mieście.

Wrócili pod wieczór, wiele godzin później. Większość przeżyła, ale bitwa musiała chyba być bardzo ciężka. Każdy miał minę nietęgą, zachmurzoną. Nie wiem co tam zaszło, ale kiedy ktoś pytał o Ramat, to tylko kręcili głowami, bez słowa. MIasto niby zwyciężyło, ale jakoś miałem wrażenie, że się z tego nie cieszyli. Wyjechałem następnego dnia.
Pomimo ciężkiego zakończenia poprzedniej Pory Przybyszów, miasto jednak nie zostało zniszczone, nie nastąpił przewrót, nic nie wybuchło, nie było zbiorowej masakry ani epidemii. Dlatego właśnie tym razem szedłem do OldTown bez obaw, bez wątpliwości, pewny, że zobaczę rozrastającą się nadzieję pustkowi. A kiedy w końcu minąłem bramę miasteczka, powitał mnie wielki ekran z ogromną twarzą Igora, który, dam sobie rękę uciąć, spojrzał prosto na mnie i powiedział:
– Witaj ponownie.

 

Ten rok pokazał, że tak naprawdę największym potworem wśród wszelkich zwyrodniałych monstr żyjących na pustkowiach okazuje się być człowiek.

W okolicy miasta pojawiła się grupa znana jako Ramat. Uzależnieni od narkotyku, który nazywali Melanżem, zamaskowani przybysze zasiali szaleństwo i groteskę w każdym miejscu w jakim się pojawili. Żądalidostępu do rafinowanego w okolicach miasta produktu, będącego jednym z głównych składników ich narkotyku. Namawiali również do zniszczenia Igora, który w ich mniemaniu jest zagrożeniem dla każdego na pustkowiach. Mieszkańcy OldTown wpierw byli niechętni do dziwnych gości, wkrótce zaczęli z nimi walczyć, by ostatecznie ich zabić. Ramatowi jednakże udało się doprowadzić do destrukcji zapasowych banków pamięci Igora. Gdy cała sprawa ucichła, do serc mieszkańców powinen był wrócić spokój. Tak się jednak nie stało. Sztuczna inteligencja co rusz zaskakiwała kolejnym błędami spowodowanymi brakiem zapasowego zrzutu danych. Coś wisiało w powietrzu i ludzie to czuli.

Pustkowia żyją i są okrutne w swych wyrokach.

A wojna… Wojna nigdy się nie zmienia.