D

obre buty są najważniejsze. Oprócz tego – czapka i torba. Plecak, w którym masz wszystko, co potrzebne, by przetrwać na Pustkowiach. Broni nie noszę – po co kusić los?

Nie ma już państw ani granic, więc wędrówkę odmierzają mi małe skupiska cywilizacji na ruinach dawnych miast. Byłem w zmilitaryzowanym Tricity, odwiedziłem Postnań, dom dawnych Taksiarzy, przeszedłem zrujnowane Breaslau, przemierzyłem całą, niebezpieczną Silesię.

Jestem listonoszem. Przynoszę ludziom wieści, nowiny, listy od rodziny i ukochanych, rozkazy i ponaglenia, a zdarza się, że groźby. Czasem nawet paczki, ale rzadko. Są ciężkie i zajmują dużo miejsca, poza tym od czego są kurierzy?

„Przez śnieg czy przez ogień…”, jakoś tak zaczynała się bodaj przysięga amerykańskich listonoszy, jeszcze przed wojną. Nie pamiętam listonoszy z tamtych czasów, byłem smarkaczem, jak spadły pierwsze bomby. Śniegu też nigdy nie widziałem, ognia zaś widziałem aż za wiele. Tym niemniej to dobra przysięga, jak mi się zdaje. Solidna. Jak się coś robi, to całym sobą.

Wydaje mi się, że nie skłamię, jeśli powiem, że widziałem już prawie wszystko. Jednak jest jedno takie miejsce, gdzie zawsze wracam, nie do końca zawodowo, a przynajmniej nie tylko, ale zwyczajnie, z ciekawości. Staram się tam zawitać przynajmniej raz do roku, w miarę swoich możliwości. Mówię o małym miasteczku zwanym OldTown.

 


2106

Wszystko ma swój początek i koniec.  
 
Konflikt znany jako „Wielka Wojna” zakończył istnienie cywilizacji, jaką znaliśmy, zmuszając nas do ukrycia się w stalowych bunkrach głęboko pod ziemią lub wśród niedostępnej głuszy, z dala od eksplodujących bomb.
Czas mijał, oblicze ziemi się zmieniło i w końcu rozpoczęliśmy powrót na tereny niegdyś przez nas zamieszkiwane. Wygrzebywaliśmy spośród ruin wszelkie przydatne śmieci, stawialiśmy na powrót ściany i mury, by ponownie nazywać zrujnowane pustkowia naszym domem.  
 
Tak powstało OldTown. W 2106 roku duża grupa ocalałych postanowiła osiedlić się na ruinach starego lotniska, niedaleko zdewastowanego Stargardu. Pomocną dłoń wyciągneli ku nim wojownicy z Brotherhood of Beer, dostarczając wsparcie logistyczne i zbrojne.  
 
Miasteczko, pomimo bycia nowopowstałą osadą, od razu starło się z tworem znanym jako IV rzesza. Cyborgi, kojarzące się jednoznacznie z żołnierzami poprzedniej wojny światowej, z niewiadomych powodów obrały OldTown jako cel swoich ataków. Dodatkowo miał miejsce konflikt wewnętrzny pomiędzy frakcjami handlowymi, który doprowadził do rozłamu Flying Caravans i powstania Złomiarzy, co przełamało monopol handlowy kupieckiej rodziny w OldTown.
Powoli, z gruzowiska i radioaktywnego pyłu, poczęło wyłaniać się miasteczko OldTown.

Pierwszy raz trafiłem tam przez przypadek, jakieś dziesięć lat temu. Byłem około dwudziestu kilometrów przed Sediną, a zaczynało się już ściemniać. Ta okolica nigdy nie była szczególnie bezpieczna, to i zostawanie tam na noc mi się nie uśmiechało. Jak wyruszałem z Tricity, to ktoś mi napomknął, że w tym miejscu uformowała się mała mieścina. Grupa koczowników, czy – co uznałem za raczej mało prawdopodobne – ludzi, którzy wyszli z Krypty, osiedlili się tu, skleili kilka szałasów, sprzedali kopa okolicznej agresywnej faunie i cyk – miasteczko. W koczowników to jeszcze bym wtedy uwierzył, ale Kryptę włożyłem między bajki. Wtedy nie widziałem jeszcze nigdy wcześniej żadnej z legendarnych Krypt, a co dopiero ludzi, którzy z jakiejś wyleźli. Ale koczownicy, czemu nie? Sedina była wtedy paskudną kupą gnoju, zniewoloną przez gangi i pojebów wszelkiej maści. Nie można było przejść się tam jedną ulicą, żeby nie potknąć się o jakiegoś obrabowanego trupa albo obrzyganego ćpuna, często dwóch w jednym. Nawet ja rzadko się tam zapuszczałem, mimo że niepisane prawo mówi, że do listonoszy się nie strzela. Widać jakaś grupa wyrwała się stamtąd, spindoliła i zbudowała sobie własny raj na ziemi, jeśli jest w tym świecie jeszcze cokolwiek, co można tak nazwać. Dobrze dla nich, pomyślałem sobie. Tak czy inaczej nie miałem pewności, czy ta osada w ogóle istnieje, ale akurat wtedy nie miałem zbytniej alternatywy – musiałem ją znaleźć. Przedzierałem się przez pola zmutowanych roślin uprawnych, które jakimś cudem przetrwały wojnę i zmieniły się w szaro-żółte, wykoślawione łodygi rodem z horroru. Na pewno nie było to bezpieczne, bo po drodze mijałem kilka kopców kretoszczurów, ale lepsze to niż wędrówka przez wielkie, szerokie i rozgrzane, prawie do białości, betonowe płyty, ułożone w długą prostą drogę. Niegdyś było tu chyba jakieś lotnisko, jeśli dobrze pamiętam. Na takiej otwartej patelni byłbym łatwym celem, widocznym z daleka. Jak nie bandyci, czy inni raidersi, to wybebeszyłoby mnie coś jeszcze gorszego. Deathclaw jakiś czy coś. Z bandytami jeszcze bym się jakoś dogadał, ale i tak wolałem nie ryzykować.  
 
W momencie, w którym zaczynałem na poważnie zastanawiać się nad wykopaniem dziury, w której mógłbym się schować na noc, zobaczyłem w oddali słabą łunę światła, a niecałą godzinę później usłyszałem pierwsze dźwięki cywilizacji. O dziwo nie były to strzały, wrzaski patroszonych czy ryki motorów, ale muzyka i śpiew, a w miarę jak podchodziłem bliżej, także głośne rozmowy i ogólny hałas, jak podczas jakiegoś święta. Przez sekundę nie moglem uwierzyć swojemu szczęściu, ale zaraz potem wypadłem z krzaków na wąską drogę, która kończyła się prowizoryczną i niezbyt imponującą bramą, czy może raczej szlabanem i biegnącym po jego bokach niskim murem skleconym z byle czego. Na „bramie” stało dwóch strażników, którzy na mój widok rzucili papierosy na ziemię i wycelowali we mnie broń. Wyglądali poważnie i w sumie trochę znajomo, ale nie miałem czasu się zastanawiać skąd ich znam, bo moje ręce z automatu poleciały w górę, jak wystrzelone z procy. Strażnicy podeszli powoli bliżej, mierząc do mnie z karabinów i choć groźni, nie wyglądali na agresywnych, bardziej jakby po prostu wykonywali rutynowe zadanie. Mieli na sobie czarne skórzane kurtki, zielone bojówki i czarne wysokie buty. Dopiero jak podeszli jeszcze bliżej, rozpoznałem naszywki Brotherhood of Beer na ich ramionach. Kilka dni wcześniej dopiero co wyruszyłem z Tricity, z BoB byłem w dobrych stosunkach. Rozluźniłem się nieco, ale nie opuściłem rąk. Kiedy spytali kim jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że listonoszem i wędruję do Sediny, a dla potwierdzenia moich słów wskazałem czapkę z przypinką ze złotym rogiem, symbolem poczty, jakiego używało się przed wojną. Dla efektu potrząsłem jeszcze moją torbą na listy. Strażnicy obeszli mnie naokoło, obklepali, po czym wzruszyli ramionami i powiedzieli, że mogę wchodzić. Ot tak po prostu. Muszę przyznać, że była to miła odmiana po moich wcześniejszych przygodach ze strażnikami, którzy albo rozbebeszali mi torbę i plecak i kazali wyskakiwać z portek, jakbym sobie armatę w dupie schował, albo zwyczajnie wymuszali łapówki. A tu nic. Zrobili co musieli i przepuścili.  
 
Miasteczko było dziurą – kilka namiotów i szałasów postawionych pod nielicznymi, wysuszonymi drzewami. Niektóre były nawet skupione w nieco większe obozowiska, bo dzielnicami nie nazwałby tego nawet największy optymista. Tym niemniej atmosfera panowała przyjemna, ciepła. Płonęło kilka ognisk, wokół których siedzieli skupieni ludzie w różnym wieku, o różnych profesjach, niektórzy uzbrojeni, inni nawet bez noża. Coś, czego nigdy nie zapomnę, to brak nerwowego napięcia i przygnębienia szarym, zniszczonym światem, jakie zwykle widuję w innych miastach i osadach. Tutaj było… no, wesoło. Zbieranina popijała piwko, smażyła jakieś niewymawialne ścierwo nad ogniem, dłubała nożami w konserwach, opowiadała dowcipy, śmiała się i w ogóle wydawało się, że wszyscy się dobrze bawią.  
 
Nie podchodziłem za blisko do żadnego obozu, chcąc się najpierw rozejrzeć, poznać nieco okolicę. Po przejściu przez szlaban droga rozwidlała się i, jak się później okazało, tworzyła okrąg, który zamykał w sobie wszystkie obozy i zabudowania. Kiedy zapuściłem się nieco głębiej w miasteczko i zapytałem, gdzie mogę się czegoś napić, bo mnie wysuszyła wedrówka, ktoś wskazał mi wydeptaną w suchej, szorstkiej trawie ścieżkę, która kończyła się na niewysokim wzgórku. Kiedy tam dotarłem, okazało się, że wzniesienie przechodzi zaraz w stromą, niewysoką skarpę, po ktorej betonowe schody w dół prowadziły do baru urządzonego w jednym z dwóch bliźniaczych półokrągłych bunkrów. Nic specjalnego – wzdłuż ścian ustawione były stoły i ławy zrobione ze starych opon i kawałków drewna, na suficie w rzędzie wisiało kilka lamp o różnych odcieniach żarówek, a na samym końcu był blat baru, zrobiony z drzwi położonych na płasko na oponach i beczkach. Zanim zdążyłem się zastanowić skąd tu jest prąd, usłyszałem zagłuszony przez grube ściany warkot generatora. Wziąłem jedno piwo, rzuciłem na blat kilka kapsli i wyszedłem na zewnątrz, gdyż w barze zaczynało się robić tłoczno i dość gorąco.  
 
Pod barem panował przyjemny chłód. Tutaj też stało sporo ludzi, rozmawiali, palili papierosy. Uderzyło mnie, jak wiele osób tutaj ma jedzenie, wodę, papierosy, alkohol. Właściwie chyba nie widziałem żadnej sceny biedy czy głodu. Jasne, na taplających się w kapslach bogaczy też nie wyglądali, ale nadal.  
 
Porozmawiałem nieco z kilkoma osobami. Tak po prostu o tym ich mieście, jak się w nim żyje. Wtedy dowiedziałem się, że miasteczko nazywa się OldTown, a każdy jest tu mile widziany, byle nie rozrabiał za mocno. Dostałem piwo, kilka ciastek i kawałek spalonego mięsa w suchym chlebie. Ot tak, za wieści ze świata i wzięcie kilku listów do Sediny. Chciałem jeszcze iść do kasyna Flying Caravans, którzy wtedy byli tylko zgrają pacanów w lepszych ubraniach, a nie trzęsącą połową pustkowia rodziną, którą są dzisiaj. Kasyno jednak musiało zaczekać na inną okazję, gdyż dzień był długi, a rano czas mi było w drogę.  
 
Następnego dnia, jeszcze przed świtem, zwinąłem swoją matę i ruszyłem dalej w kierunku Sediny. Jeszcze po drodze minął mnie samochód z mieszkańcami OldTown. Krzyczeli coś o szturmie na wieżę. Pojęcia nie mam o co chodziło. Ale już wtedy wiedziałem, że to dziwne miasteczko, gdzie ludzie żyją w spokoju, jakby odżywanie na gruzach cywilizacji było czymś zupełnie normalnym, stanie się stałym miejscem moich odwiedzin. Czy to sentyment, czy ciekawość, chciałem wiedzieć co z tego wyrośnie, o ile w ogóle. Czas pokazał, że ta mieścina pośrodku niczego mnie nie rozczarowała.

2107

2107 rok przyniósł miasteczku kolejny krok w rozwoju i kolejne zagrożenia. Czyhające dookoła ghule i zmutowane zwierzęta nie ustawały w atakach na osadę, którą uznały za łatwy kąsek. Na szczęście obecni na miejscu wojownicy BoB oraz członkowie OldTown Rangers z łatwością odpierali ataki oszalałych z głodu, zmutowanych stworów. W 2107 wzrosła również populacja miasteczka.. Na wieść o nowo powstałym miejscu, ludzie zaczęli ciągnąć ku niemu, dając początek, teraz już legendarnej, „Porze Przybyszów”.

 

Niemal równy rok później, przyznam szczerze, szedłem w tamte okolice właściwie tylko po to by zobaczyć, czy OldTown dalej stoi. Teraz, kiedy o tym pomyślę, to nie wiem jaka cholera mnie tam wtedy ciągnęła, bo z pięć razy mało nie zginąłem. Na polach i lasach Północy zalęgło się wówczas mnóstwo zmutowanego paskudztwa. Zombie, ghule i inne na wpół zgnilstwa powyłaziły niewiadomo skąd i żarły każdą padlinę, która się zaplątała w okolicy.

Tym razem wąską drogę do OldTown odnalazłem bez problemu. Wejście do miasteczka nadal odgradzał szlaban, trochę lepszy od poprzedniego, ale nadal nic specjalnego. Po chwili jednak zza wału, wzdłuż którego szedłem, wyłoniła się cholerna warownia BoB. Nie mogłem w to uwierzyć, ogromna fortyfikacja, z wieżą strażniczą, bramą i w ogóle. Kiedy poszedłem dalej w głąb miasta było coraz lepiej. Ludzi było chyba ze dwa razy więcej niż rok wcześniej, obozy przerodziły się… no w sumie to po prostu w większe obozy. Ale tym razem słyszałem już co najmniej kilka generatorów pracujących z nierównym warkotem w kilku obozach, widziałem straż miejską, która przechadzała się tu i tam, pilnując porządku. Wszystko wyglądało na całkiem nieźle zorganizowane. Strażnicy poinformowali mnie, że nazywają się OldTown Rangers, a na pytanie, czy wiedzą coś o tych ghulach, które usiłowały zrobić sobie ze mnie kolację, odparli że mają tutaj cały oddział BoB, żeby zrobić z nimi porządek.

Spędziłem wtedy w OldTown całe dwa dni, a przez cały ten czas lokalny szeryf organizował ludzi, którzy razem z BoB chodzili polować na ghule. Muszę przyznać, że wykazywali niesamowitą solidarność pod tym względem. Skuteczność także, jak mniemam. W kolejnych latach nie spotykałem się już tak często z trupojadami, więc te całe pielgrzymki musiały przynieść zamierzony efekt. Przyjemnym zaskoczeniem była też obecność dwóch kucharzy, chłopaki na schwał, dowcipne takie dwa gamonie. Ale jedzenie mieli dobre i niezbyt drogie, tylko smak taki nietypowy, coś jakby brahmin.
Ostatnią noc spędziłem w maleńkim obozie, który reklamował się jako „Spartańska Meta”. Za kapsla oferowali kieliszek całkiem dobrej wódki, papierosa i pół ogórka. Nie mam pojęcia, w jaki sposób cokolwiek na tym zarobili, ale odniosłem wrażenie, że sprzedaż była tylko przy okazji, a tak naprawdę chodziło o dobrą zabawę i zawieranie znajomości. I chyba podziałało, bo tych czterech typów, którzy tam siedzieli, to teraz znane szychy Wastelandu. Dzisiaj znani są jako Spartan Commando, pływają w kasie i alkoholu, budują, rekonstruują, inwestują. W życiu bym wtedy tak o nich nie pomyślał.

2108

2109

2110

2111

2112

2113

2114

2115